Maluchem - wzdluż granic Polski


 
I tak podróż Malucha wzdłuż granic Polski dobiegła końca. W ciągu 10 dni Maluszek przejechał 3611 km. Spalił 195 Litrów benzyny.   Dwa razy nocował na Campingu. Zgodnie z planem był na Mazurach, nad Bałtykiem, potem jechał wzdłuż Odry aby dotrzeć do zakątka Polski w Bogatyni, odwiedził rodzinę w Nowej Rudzie, odpoczął u znajomych pod rydułtowską hałdą, zajrzał do Zakopanego, aby zobaczyć dumny szczyt Giewontu, potem z westchnieniem popatrzył na zielony o tej porze roku stok Jaworzyny Krynickiej i … wrócił do domu. Po drodze zaliczył  2 miejsca, w których stykają się trzy granice,  dotarł do najdalej wysuniętych krańców Polski, a nawet na chwilę przekroczył granicę polsko-czesko-polską. Ze zdrowiem nie miał problemów. Raz tylko złapał kapcia, a kilka razy był tak zmęczony, ze nie miał siły ruszyć z miejsca, więc trzeba mu było dać małego klapsa. Ogólnie jako 18 – latek z liczbą 97700 kilometrów na liczniku spisał się na medal. Pomysł objechania Polski wzdłuż granic zrodził się w głowie właściciela Malucha, kiedy jeszcze nim nie był. Ale od czegoś trzeba zacząć. I tak 25 kwietnia 2017 roku późnym wieczorem Maluch wjechał na nasze podwórko stając się kolejnym członkiem naszej rodziny. „Czerwony jak cegła” został zakupiony właściwie bez negocjacji, gdyż nowy właściciel zakochał się w nim od pierwszego spojrzenia i nie w głowie mu było targowanie tylko posiadanie (za wszelką cenę). Niejako pośrednikiem, a właściwie pierwszym informatorem o istnieniu „Krasnoludka” był mężczyzna z kręgu zainteresowań młodszej latorośli obecnego właściciela. Tak więc natychmiast po dokonaniu transakcji kupna-sprzedaży rodziny związały się węzłem „Czerwonego” na czterech kołach. Od tej chwili  Maluszek dostał drugie życie. Nowy, a jednocześnie dopiero drugi właściciel niemal natychmiast  postanowił zadbać o odnowę biologiczno-techniczną swojego pupila. W zaprzyjaźnionym warsztacie samochodowym zostało określone co, za ile i kiedy należy wymienić, naprawić, dokupić. Zaczęły się następnie poszukiwania części u znajomych, w internecie i na szrotach. I to nie tylko części koniecznych wręcz niezbędnych, ale również luksusów, jak np. uchylane szyby tylne, pokrowce na siedzenia, radio z wbudowanym gniazdem USB oraz bagażnik dachowy. A to było znalezisko niespodziewane. Bo jak się okazało u sąsiada za płotem przeleżał 20 lat bagażnik dachowy ze ślubnego Malucha małżeństwa W. Nigdy nie wiadomo co, kiedy i komu może się przydać.

 

Blisko 2 miesiące Maluch był testowany, najpierw jeździł bocznymi drogami i blisko domu, a z czasem wyrywał się na 10 kilometrowe wypady za miasto. Najczęściej jednak był używany jako środek transportu do i z pracy swego właściciela. Na dwa dni przed startem w życiową podróż wzdłuż granic Polski został oklejony mapami i reklamowymi naklejkami patronów medialnych i potencjalnych sponsorów. Czerwony wyglądał jak sportówka gotowa do  wyciowego wyścigu. A miał się z kim ścigać… Wkrótce po przeprowadzce z Tarnogrodu do Leżajska na sąsiednim podwórku pojawił się brat bliźniak, trochę starszy, ale z mniejszym zasobem przejechanych kilometrów. Tak się złożyło, że właściciel Bliźniaka również postanowił wystawić go na próbę sił i dołączył do rajdu. Więc było ich dwóch. Prawie identyczne i tu „prawie” nie robi żadnej różnicy, bo oba czerwone.


 
Nadszedł długo wyczekiwany dzień startu, pamiętamy ten czwartek. Dzień pierwszy Maluch przejechał trasę z Leżajska do miejscowości Szuminka koło Włodawy, pokonując 308 km. Ponieważ właściciel Malucha bardzo dba o jego kondycję techniczną, więc pretekstów do postojów i zatrzymań było wiele. Jako zapalony fotograf i ciekawy świata architekt oraz odpowiedzialny mąż i ojciec chciał na kliszach fotograficzno-filmowych uwiecznić niemal wszystkie szczegóły trasy. Ponieważ w pierwszej części wyprawy był kierowcą i pasażerem w jednej osobie, więc nie miał żadnego wsparcia w tworzeniu dokumentacji filmowej i stąd te częste przystanki. I tak na zdjęciach pojawił się pomnik chrząszcza w Szczebrzeszynie, renesansowy Ratusz w Zamościu i krajobraz wsi niedaleko Zosin, gdzie znajduje się najdalej wysunięty na wschód punkt Polski. Potem Maluszek zmienił kierunek jazdy na północ, wzdłuż granicy wschodniej, aby spocząć na nocleg w Szumince koło Włodawy.



 
Drugiego dnia, Bóbr, jak żartobliwie nazywają maluchy na Podlasiu przebył trasę 369 kilometrów wzdłuż wschodniej granicy.  W tych terenach nie lada atrakcją okazała się dla niego przeprawa promowa Melnik - Zabuże. Egzemplarze z jego rocznika zapewne pamiętają takie przeprawy z codziennego życia. W strugach deszczu dowiózł swojego kierowcę i pasażera do Garbarki, miejsca, do którego od stuleci pielgrzymują wyznawcy prawosławia. Dzielnie pokonując całe spektrum nawierzchni drogowej wschodniej Polski Maluszek dotarł do Hajnówki, przejścia granicznego w Bobrownikach, by zatrzymać się w Kruszynianach i zobaczyć najstarszy meczet tatarski w Polsce. Potem wjechał do Puszczy Augustowskiej, gdzie w pięknej scenerii Jeziora Mikaszewskiego spędził noc.





 
 Dzień trzeci to dla czerwonego Kaszlaka trasa z Mikaszówki nad kanałem Augustowskim do Płoskini. W sumie 428 kilometrów. Dotarcie na Mazury to dla Malucha nie lada przeżycie. Z pewnością nie marzył nawet o tym w czasach PRL-u. Ten może nie ale pierwszy biały Maluch rodziny W. nie tylko marzył, ale nawet był na Mazurach na wakacjach. Wszystko za sprawą właściciela, bo ten jak sobie coś wymyśli, to nawet Maluch przekona, że da się objechać dookoła Polski. Ranek zaskoczył naszego Maluszka i podróżników deszczową pogodą. Jeszcze wczoraj nic nie wskazywało na taką ulewę. Ale cóż, z pogodą pięknie można dogadać. Tak więc Maluszek został zapakowany mokrymi rzeczami i ruszył fragmentem drogi „Tysiąca Jezior” w poszukiwaniu lepszej pogody. Dojechał do przejścia granicznego z Litwą w Ogrodnikach, a potem do miejsca, gdzie znajduje się polski biegun zimna. Na krótki odpoczynek zatrzymał się na parkingu tworzącym jeden z elementów trasy rowerowej Green Velo, a potem na styku trzech granic: Polski, Litwy i Rosji (Obwodu Kaliningradzkiego), w tzw. Trójstyku. Szlak Kopernikowski, zaprowadził Czerwoną strzałę prosto do Braniewa, najstarszego miasta Warmii, a potem Fromborka - miejsca pracy najsłynniejszego astronoma nowożytnej Europy, Mikołaja Kopernika. Następnie Maluszek przejechał Kanał Elbląski - unikalny system wodny, przy budowie którego wykorzystano jeziora leżące na różnych wysokościach między Ostródą i Zalewem Wiślanym. Różnica poziomów sięga tutaj 100 m. Dla kolekcjonerów polskich atrakcji typu "naj" to obowiązkowe miejsce. Na nocleg dzielny podróżnik zatrzymał się w najniżej położonym miejscu w Polsce, w miejscowości Raczki Elbląskie.

 








 
Dzień czwarty, to zabranie na pokład  dodatkowo dwóch pasażerek. Już widać było strach w Jego oczach czy podoła takiemu ciężarowi. Ale co to za ciężar? razem ze 100 kilo. Plan był taki, że Maluch będzie 2-załagową torpedą, ale nagle pojawił się inny scenariusz i trzeba było trochę ponegocjować, czy aby da radę z trzema osobami na pokładzie. Tak więc dalszą trasę z Elbląga  przemierzaliśmy we czwórkę – Maluch, właściciel i dwie pasażerki. Pan Samochodzik teraz potrzebował częstszych przystanków i krótszych dystansów. Tak więc pierwszy przystanek był w przydrożnym barze rybnym na posiłek, potem kilkuminutowy odpoczynek na promie przez odnogę Wisły Nogat. Tu dopiero widać było podziw i uznanie dla czerwonych bliźniaków z Podkarpacia. Następny przystanek Maluszek miał na Westerplatte, trzeci w Gdańsku na selfie z Neptunem na Długim Targu, na koniec wjazd do Sopotu, prawie na molo i wreszcie przystanek na nocleg w Jastrzębiej Górze.
 
 
 
 
 
 
 
Dzień piąty – my po śniadaniu, Maluch też zatankowany, ale coś widać obrażony, nie reaguje na kręcenie kluczykiem, prycha, stęka, każe się popchać. W końcu nie przyjechaliśmy nad morze na wakacje tylko zaliczyć najdalej na północ wysunięty kraniec Polski, czyli Gwiazdę Północy. To bardzo sympatyczne miejsce w postaci kamiennego obelisku z pamiątkową tablicą nad samym urwiskiem. Następnym punktem zwiedzania była latarnia Jastrzębska i strome zejście na brzeg Bałtyku. Z Jastrzębiej Góry do Ustki Maluszek przejechał błyskawicznie i bez fochów. Chwilkę odpoczął w pobliżu Ławeczki Ireny Kwiatkowskiej, bo parking naprawdę jest bardzo blisko tego pomnika. Ustka powitała nas słoneczną, aczkolwiek wietrzną pogodą, z czego najbardziej byli zadowoleni windserfingowcy, bo to wymarzona pogoda na ściganie się i doskonalenie umiejętności. Po kilku fotkach z ustecką Syrenką Maluszek pojechał do Ustronia Morskiego z zamiarem pozostania  na nocleg. Po krótkich i dość niesympatycznych negocjacjach z właścicielem kempingu Camper Park na ul. Nadbrzeżnej, Czerwona Strzała znalazła nocleg w bardziej komfortowych warunkach na kempingu Pod Brzozami.
 








 
 Dzień szósty. Po chłodnej nocy spędzonej u boku naszego namiociku Maluszek został objuczony turystycznym ekwipunkiem i ruszył w dalszą drogę. Pierwszym przystankiem był Kołobrzeg ze swoją dumną ceglaną latarnią morską, a potem klify z bunkrami na Wzgórzach Gosań, które są najwyższymi wzniesieniami polskiego wybrzeża. Z zawrotną prędkością, która budziła podziw innych kierowców, tak, że migali światłami, trąbili czy pokazywali kciuk na znak uznania nasz Fiacik zmierzał do Międzyzdrojów. Parkowanie przy samym nadbrzeżu zostanie na długo w pamięci każdego z nas. Tak jak spacer plażą aż do molo i wizyta w Alei Gwiazd. Na obiad  nasza czerwona gwiazda zatrzymała się przy Turkusowym Jeziorku. Popołudniową porą Maluszek dojechał do Szczecina, zaparkował pod samym Zamkiem Książąt Pomorskich i cierpliwie czekał w cieniu drzew na swoich pasażerów, którzy poszli zwiedzać Zamek, Bazylikę św. Jakuba, Filharmonię Szczecińską i Centrum Dialogu Przełomy. Kapeć. To  powód do niespodziewanego przystanku i nowa przygoda naszego Boberka. Szybka akcja zmiany opony i jazda dalej. Na nocleg dojechał do pensjonatu Ptasi Dwór nad jeziorem Steklno. Z dworem to miejsce nie ma nic wspólnego, bo jest to szereg domków z dwoma pokojami i kuchnią w łazience albo odwrotnie. Są natomiast ptaki w wolierze, koty i psy i dużo, dużo zieleni. A jezioro jest piękne i o zmierzchu i rankiem. Jednym słowem cisza i spokój za 30 zł od osoby. Myślę, że Maluszek mógłby tu dłużej odpocząć. Ale komu w drogę, temu czas. 
 















 
W dzień siódmy nie ma odpoczynku. Po przygodach zdrowotnych Maluszek szczęśliwie dojechał do bogatyńskiego zakątka Polski. Ale od początku. W pierwszym napotkanym serwisie wulkanizacyjnym udało się nam naprawić oponę i za „propagowanie myśli technicznej” pan mechanik chciał tylko symboliczne 2 złote. Tacy są mechanicy w pobliżu Krzywego Lasu, kawałka ziemi, na której rosną charakterystycznie i niewytłumaczalnie krzywe sosny. Parę fotek, bo to jedna z nielicznych atrakcji, do której Maluszek mógł się zbliżyć, a nawet być w centrum. Chwilę potem kolejny cel naszej podróży – Cedynia, gdzie bitwę stoczył w 972 roku  Mieszko I, a za parę kilometrów Osinów Dolny - najbardziej na zachód wysunięte miejsce w Polsce. Dalej Czerwona Strzała mknęła drogami możliwie najbliżej granicy zachodniej, przez Kostrzyń nad Odrą, Krosno Odrzańskie, Ziemię Lubuską, aż do wspomnianej Bogatyni. Tu niestety Maluszek długo czekał na znalezienie spokojnego, wygodnego i w miarę taniego noclegu. O dziwo, albo wszystko zajęte, albo tak mało miejsc noclegowych. Może dlatego, że nie jest to zagłębie turystyczne tylko węglowe.   końcu udało się znaleźć pokój dla nas i bezpieczny parking dla samochodów w pensjonacie o dwuznacznej nazwie Eden, ale krótko powiem – nie polecam.




 
Dzień ósmy. Wczoraj przy dobrej widoczności udało nam się zarejestrować zarys wielkiej bogatyńskiej odkrywki węgla brunatnego, a dziś żałujemy, że nie pojechaliśmy na punkt widokowy. Po raz kolejny sprawdza się przysłowie: „Co masz zrobić jutro, zrób dzisiaj”. Maluszek został wręcz zmuszony do objazdu wokół wielkiej dziury, ale nie zobaczył nic. W deszczu i mgle to tylko działa wyobraźnia (nasza). W ramach rekompensaty za brak widoków zaproponowaliśmy naszemu czerwonemu towarzyszowi przejazd przez obce terytorium Republiki Czeskiej. To tylko 25 km, ale już może się pochwalić, że był za granicą. Po powrocie do Polski Maluszek przeniósł się na krótko w XIII wiek. Z tego okresu pochodzą pierwsze wzmianki o istnieniu Zamku Czocha. Do dzisiaj zdobią go piękne dziedzińce, tajemnicze zakamarki i komfortowe pokoje hotelowe. Z Leśnej Fiacik przemieścił się do Szklarskiej Poręby mijając Świeradów Zdrój i słynny Zakręt Śmierci. W Szklarskiej Porębie, po krótkim spacerze wzdłuż jednej głównej ulicy, Malutki Czerwony Skarbek zabrał nas do kościółka Wang w Karpaczu. Chciał podjechać pod same wrota przeniesionej w całości z Norwegii świątyni, ale… nie dał rady. Stromy podjazd i zakazy wjazdu wzięły górę. I wtedy się trochę zbuntował. Odmówił dalszej jazdy i koniec. Całe szczęście, że kierowca autobusu zajeżdżającego na przystanek, na którym próbowaliśmy przekonać Maluszka do dalszej jazdy ze współczuciem i wyrozumiałością na Niego popatrzył. I całe szczęście, że właściciel Bliźniaka miał pomysł, żeby przedmuchać zbiorniczek paliwa. Maluszek poprychał trochę, postękał i w końcu dał się przekonać do dalszej jazdy. Tym bardziej, że zaczęło padać i w Karpaczu nie byłoby co robić, a droga dość daleka, bo docelowym miejscem na dzisiejszy nocleg była nowo zbudowana altana w ogrodzie posesji nr 1 przy ul. Kasztanowej w Nowej Rudzie. Maluszek został na prywatnym parkingu w towarzystwie bliźniaka, a my udaliśmy się do altany, gdzie świętowano 50-te urodziny właścicielki.
 
 
 
 
 
 Dzień dziewiąty – dopiero, a dla niektórych już. Tak czy owak ciężko było wstać po wczorajszych urodzinach. Gospodarze zatrzymywali nas na dłużej, co chyba spodobało się Maluszkowi, bo znowu się zakaszlał udając mocno przeziębionego. Ale plan jest planem. A On to powinien pamiętać ze swojej socjalistycznej młodości. Tak więc znowu dmuchanie do baku, parę klapsów i ruszył. Do kolejnego noclegu miał ok. 170 km i prawie cały dzień. Najpierw jednak Maluszek wjechał do Rezerwatu Przyrody Błędne Skały i za całe 20 zł piął się pod górę po licznych zakrętach, aby wreszcie odpocząć na pięknym parkingu, gdzie inni turyści mogli na Niego patrzeć z podziwem i uznaniem, a  my zagłębić się w labirynty i zrobić pamiątkowe zdjęcie przy granicznym słupku. W drodze powrotnej, nasz Maluszek głośnymi strzałami wydechowymi oznajmiał wszystkim, że jedzie i straszył leśną zwierzynę, ale tak się działo tylko podczas jazdy z górki. Kolejnym przystankiem w drodze do Rydułtowych było Kłodzko. Podczas gdy Boberek odpoczywał na parkingu przy dworcu autobusowym my zwiedzaliśmy centrum miasta z symboliczną płaskorzeźbą wilka na ścianie jednej z kamienic, który „napił się wody” podczas katastroficznej powodzi w 1997 roku. Dla wyjaśnienia – powódź była tak wielka, że woda dochodziła do wysokości pyska wilka. Po krótkiej przerwie Maluch ruszył w drogę prosto pod rydułtowską hołdę, gdzie znowu w ogrodowej altanie Justyny i Michała czekały na nas pyszne zapiekanki w bułeczkach, specjalność Pani Domu.
 







 
Dzień dziesiąty. Długie rozmowy Polaków sprawiły, że Maluszek mógł sobie trochę dłużej rano odpocząć, po czym pożegnał się z gospodarzami, Bliźniakiem i ruszył dalej w samotną podróż do Krościenka nad Dunajcem, czyli ok 250 km bo przez Pszczynę, Brzeszcze, Wadowice i Zakopane. O ile większość nazw jest znana to skąd Brzeszcze? Dziwił się Maluch.  Najpierw jednak Pszczyna i spacer wczesnym sobotnim rankiem po parku i wokół renesansowego pałacu, którego ostatnią właścicielką była Angielka, Mary Theresa Olivia Cornwallis-West, księżna von Pless, nazywana Daisy. W Brzeszczach Maluszek podjechał po blok, w którym niegdyś mieszkał jego kierowca i właściciel. No cóż, blok jak blok stoi nadal, wyremontowany, a mieszkaniu  nowi lokatorzy. Ale jest też szkoła i kościół, na które z sentymentem i miłym wspomnieniem lat dziecinnych patrzył kierowca, w jednej osobie również mąż i ojciec. A Maluszek nic z tego nie rozumiał, chociaż mówiliśmy, że jesteśmy bardzo blisko Jego miejsca urodzenia (tzn. produkcji). Skoro już o tym mowa, to należy wspomnieć, że obaj, i właściciel i Fiacik urodzili się w Bielsku Białej. Czyż to nie fantastyczny zbieg okoliczności? Ale dosyć przeszłości. Przed nami Wadowice, gdzie „wszystko się zaczęło”, coś się skończyło, ale kremówki są nadal. Na beskidzkich drogach Maluszek spisywał się wyjątkowo dzielnie, trochę straszył wystrzałami, ale jechał. Obawialiśmy się jednak co będzie w Wysokich Tatrach. Ale i tu Maluszek dał z siebie wszystko i stanął na wysokości zadania czyli przy Krupówkach w Zakopanem. W nagrodę dostał 2 godziny odpoczynku, bo tyle nam było trzeba, aby przemierzyć zatłoczone Krupówki z góry na dół odkrywając liczne zmiany w wystroju tego deptaku. Po zrobieniu pamiątkowych zdjęć z Giewontem w tle, ruszyliśmy w dalszą drogę. Właściwie cel nie był wytyczony, a że ok. 19.00 byliśmy w Krościenku n/Dunajcem to postanowiliśmy tu zostać na nocleg. Czerwona strzała została zaparkowana na podwórku pensjonatu bez nazwy, a my kibicowaliśmy biegaczom nocnego biegu.

 
Dzień jedenasty. Ostatni dzień urlopu, koty czekają w domu, czas wracać, a po drodze jest jeszcze tle miejsc, które Maluch chciałby odwiedzić. Więc tak na szybko wpada do zamku w Niedzicy, przejeżdżając po zaporze wodnej na Zbiorniku Czorsztyńskim, potem odwiedza na przystani flisackiej w Sromowcach Niżnych flisaków, gdzie wzbudza ich podziw i sentyment, a kiedy ma problem z zamknięciem drzwi, to oczywiście z pomocnym żartem przychodzą flisacy. Bo któż mógłby powiedzieć, że „Panocku, z tymi drzwiami to jak z teściową, jak się nie przy…li, to się nie zamknie”. Pożegnawszy flisaków wjeżdża na muszyński rynek, gdzie kierowca i pasażerki udają się do restauracji na obiad. Było coś dla brzucha, a teraz kolej na coś dla ducha. Maluszek przyjechał do kościoła. Wcale nie po to, aby być poświęconym, bo to jeszcze nie jest dzień Św. Krzysztofa, ale by pozwolić zobaczyć swoim pasażerom Ogród Biblijny. Veni, vidi i pojechał dalej. Niedaleko, bo kilka kilometrów od Muszyny jest wspaniałe uzdrowisko, ośrodek narciarski i uroczy hotel Krynica w Krynicy Górskiej. Tu przyjeżdżają inne nasze samochody wioząc nas na narty albo spotkania towarzyskie, ale ten Maluszek tu na pewno jeszcze nie był, więc na pamiątkę zrobiliśmy Mu fotkę pod samą Jaworzyną Krynicką. Stąd już pojechał bezpośrednio do domu. Zabrakło jednego dnia, żeby dotrzeć do najdalej wysuniętego na południe krańca Polski, czyli na – szczyt Opołonek w gminie Lutowiska i jak na razie nie będzie to możliwe, bo Bieszczadzki Park Narodowy nie wydaje pozwolenia na zdobycie tego szczytu. Ale żeby postawić kropkę nad „i” Maluszek pojedzie w najbliższy wolny weekend w Bieszczady do Wołosatego, najdalej jak tylko można dojechać na południe Polski.
Dzień dwunasty. Po tygodniowej przerwie ale zgodnie z obietnicą Fiacik pojechał dokończyć swoją życiową podróż. Od rana jechało mu się bardzo dobrze, jednak po degustacji serów w bacówce w okolicach Komańczy zaczął się dusić i kaszleć i nie reagować na polecenia kierowcy. Niewiele pomagało pchanie z pomocą przygodnych turystów, nic nie dało dmuchanie do filtra paliwa. No trudno, kiedyś to się musiało stać. Przed odholowaniem do domu jeszcze raz postanowiliśmy dmuchnąć i pchnąć i … zapalił. Dzielny Maluszek. Na kolejnych przystankach, albo cały czas miał włączony silnik, albo ryzykowaliśmy. Najgorzej było w skansenie kolejki wąskotorowej w Cisnej, tyle ludzi… na pewno by pomogli,  ale nie dał im powodu do satysfakcji i zapalił bez problemu i dalej już bez problemu przemierzał bieszczadzką pętlę. Popatrzył na Połoninę Caryńską i Wetlińską, przejechał widokową serpentyną, został sfilmowany pod tabliczką miejscowości Wołosate, tam, gdzie miał dzisiaj dojechać i osiągnąć najbardziej wysunięty na południe kraniec Polski. Ale to jeszcze nie koniec wyprawy, bo przecież trzeba dojechać do domu. Po drodze Maluszek się zatrzymał w ostoi żubrów w Mucznem, gdzie chyba Mu się spodobało, bo nie chciał się stamtąd ruszyć. Skuszony obietnicą zatankowania i posilenia swoich pasażerów w restauracji Stary Młyn w Ustrzykach Dolnych, ruszył w drogę. Na kolejny przystanek zatrzymał się w Przemyślu na pyszne lody jogurtowe, a potem dopiero w domu. Już wjeżdżając na podwórko widać było, że ma dość. Każdy tak ma po długiej podróży. Ale niewiele trzeba czasu, aby zregenerować siły i wymyślić kolejną trasę. Maluszek tylko czeka na to.
 
Ala
 
 
 
 
 
 
 
 

 










Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Tajemnice majów - Meksyk

Najpiękniejsze kaniony ameryki - USA